Przystanek Kair

DZIEŃ WYJAZDU, CZYLI MAMY ŚWIADOMOŚĆ, ŻE CZAI SIĘ WIRUS

Część tekstu poniżej pochodzi z notatek z podróży, roboczo nazwanych: „Dzienniczek z czasów zarazy, czyli podróż za drzewami smoczej krwi”. Tak naprawdę niewiele się pojawiło w tym dzienniczku niestety. Raptem wpis z 9 marca 2020 roku, dnia naszego wyjazdu z domu i z 16 marca 2020 roku czyli z daty, w której dowiedzieliśmy się o naszym wcześniejszym wylocie z wyspy. Po raz kolejny okazało się, że kiepsko mi wychodzi robienie notatek z podróży w samej podróży…

„9.3.2020. Zbieraliśmy się jak na wojnę. Jeszcze na 2-3 dni przed wyjazdem co kilka godzin zmienialiśmy decyzję odnośnie tego, czy w ogóle jechać. Sytuacja w Polsce, ale i na świecie, a może przede wszystkim na świecie, nie wyglądała optymistycznie jeśli chodzi o tempo i zasięg rozprzestrzeniania się koronawirusa, wirusa powodującego śmiertelną jednostkę chorobową Covid-19. Pewnym jest, że apogeum wirusa jeszcze nie nadeszło. Podróżowanie, ba, jakiekolwiek dalsze przemieszczanie się postrzegane jest obecnie za wysoce lekkomyślne, nieodpowiedzialne, głupie, krótkowzroczne. (…) Jakiś mam spokój jeśli chodzi o nas i o tego wirusa. Bardziej niepokoi mnie to, że nie damy rady na czas wrócić do domu, gdzie czekają na nas Marysia i Mikołaj, o to, że nasi najbliżsi będą się o nas niepotrzebnie martwić jak utkniemy gdzieś tam daleko bez zasięgu, bez możliwości swobodnego kontaktu z domem.

Mam nadzieję, że ten koronawirus nie okaże się taką dżumą XXI wieku, grypą hiszpanką, z którą Polska i spora część świata będzie się jeszcze długo zmagać…

Póki co siedzimy z Wojtkiem w Pendolino relacji Gdańsk Gł. – Kraków Gł. i jedziemy do Wawy na samolot do Grecji. W Atenach mamy niespełna dwugodzinną przesiadkę i lecimy dalej do Kairu. (…)

Ani ja, ani Wojtek nigdy nie widzieliśmy piramid, ze sławnym Sfinksem na czele. Ten wyjazd to też pretekst, żeby udać się do Gizy. Jeśli dobrze pójdzie, to będziemy mieli cały dzień w Kairze – weźmiemy taksówkę i udamy się pod piramidy na kilka zdjęć, czyli typowe „tam i z powrotem”.

PRZYSTANEK KAIR, CZYLI EGIPSKIE PIRAMIDY PO RAZ PIERWSZY

Tak jak przypuszczaliśmy, ani na lotnisku ani potem w samolocie do Aten i Kairu nie ma zbyt wielu ludzi. Samolot (Aegean Airlines) leci może z połową dopuszczalnej liczby pasażerów, co z resztą jakoś specjalnie nas nie smuci, a wpływa raczej na komfort naszego lotu. W Kairze lądujemy w środku nocy (godz. 2:00). Dość sprawnie i szybko idzie kontrola paszportowa i zakup wiz (2x25usd „auć!” i na powrocie tyleż samo i ponowne „auć!”). Jak tylko przechodzimy do strefy ogólnej przylotów „osaczają” nas miejscowi taksówkarze i naganiacze wszelkich egipskich atrakcji. Jeszcze przed wylotem z kraju znaleźliśmy w GetYourGuide przejazd „prywatną” taksówką do Gizy z wizytą w Muzeum Egipskim za około 50usd. Nie zdecydowaliśmy się bukować tej atrakcji w domu, bo do końca nie wiedzieliśmy, czy do Kairu w ogóle uda nam się dotrzeć. Na lotnisku podchodzi do nas jakiś człowiek i proponuje na rano taksówkę w podobnej cenie jak z GYG. Umawiamy się na godz. 10:00. Pomimo wygórowanej ceny, hotel na samym lotnisku (Le Meridien Cairo Airport), zaledwie kilka kroków od hali przylotów, okazuje się strzałem w dziesiątkę. W dwie dziesiątki nawet.

Piramidy w Gizie robią na nas wrażenie. Mamy okazję dotrzeć pod zaledwie trzy – Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa plus Sfinksa, ale i tak mamy świadomość powagi chwili, że właśnie patrzymy na jeden z siedmiu cudów starożytnego świata. Słońce świeci niemiłosiernie, pora niemalże południowa (z naszego hotelu przy lotnisku do Gizy jechaliśmy około godziny). Nie dajemy namówić się na przejażdżkę na wielbłądzie, kilka kilometrów w Saharę by móc podziwiać piramidy z innej, podobno lepszej pespektywy. Na pieszo docieramy pod Sfinksa gdzie oczywiście robimy sobie kilka zdjęć.

Po powrocie do naszej „prywatnej” taksówki okazuje się, czego można się było łatwo domyśleć, że nasz kierowca chętnie zawiezie nas jeszcze do miejsca, w którym pokażą nam jak z trzciny papirusowej robi się papirus. Ponieważ jest to nasza pierwsza wizyta w kolebce papirusu dość łatwo dajemy się namówić. Mamy nawet pomysł kupić jeden taki papirus. Dość powiedzieć, że z przybytku papirusa wychodzimy nie z jednym, a z trzema obrazkami namalowanymi na papirusie…

Do Muzeum Egipskiego zajeżdżamy właściwie tylko dlatego, że chcemy zobaczyć królewskie mumie faraonów i wyposażenie z grobowca Tutenchamona z jego słynną złotą maską na czele – cały złoty majdan Tutenchamona znajduje się w sali, w której nie można robić zdjęć, ale wejście jest w cenie biletu, mumie natomiast znajdują się w sali, do której wstęp jest dodatkowo płatny. Na 2020 rok zaplanowano otwarcie Wielkiego Muzeum Egipskiego w Gizie. Do czasu naszego przyjazdu nie zostało ono jeszcze otwarte. Patrząc po ilości skrzyń i eksponatów przygotowanych do transportu całkiem niewykluczone, że ich przeprowadzka będzie miała miejsce już wkrótce. Muzeum Kairskie wygląda trochę tak, jakby się pakowało. Zapewne z powodu obecnych już w Egipcie przypadków koronawirusa, w muzeum nie ma tłumów przeciskających się między sobą turystów.

Kair i jego korki uliczne plus sposób przechodzenia przez jezdnię pieszych są ponoć charakterystyczne dla tego miejsca. Pasy dla pieszych, sygnalizacja świetlna mogłyby tu właściwie nie istnieć, bo i tak totalnie nikt nie zwraca na nie uwagi. Wpisując się w krajobraz ulicy, nasz kierowca zatrzymuje się gdzie bądź, na moście, byśmy mogli sobie chwilę popatrzeć na Nil, na który jak dotąd nie mieliśmy jeszcze okazji spojrzeć. Jest po godz. 16, a my jedziemy do hotelu coś zjeść i położyć się spać na kilka godzin – na godz. 22:30 nastawiamy budzik, żeby móc na czas dotrzeć na Terminal 1, z którego będziemy lecieć na Sokotrę.

Na kairskim Terminalu 1 totalnie nie wiemy gdzie się podziać. Liczymy, że zaraz natkniemy się na kogoś z naszej grupy wyjazdowo-biegowej i razem będzie raźniej. Po jakimś czasie docieramy w miejsce, w którym na tablicy odlotów czytamy m.in. Taif, Tabuk, Jeddah, Janbu, Gassim czy Hurghada tyle, że „no passengers”. Szczerze. Wtedy zupełnie nic mi te kierunki nie mówiły. Arabia Saudyjska jakoś do tej pory nie była po drodze ani mi, ani Wojtkowi. Wśród dziwnie brzmiących destynacji jakoś nie pojawia się Hadibo, stolica Sokotry, na którą mieliśmy przecież lecieć? Tak naprawdę, jakieś dwie godziny przed odlotem dociera do nas wiadomość, że lecimy z międzylądowaniem w Jemenie, konkretnie w Sajun. Przechodzimy przez „rentgen” i po jakimś czasie przy jednym z gejtów pojawia się napis: Sayun On Time Scheduled 02:00.

jm

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn