Pierwszy w historii maraton w Jemenie

SKĄD POMYSŁ NA SOKOTRĘ?

Być może nie wpadlibyśmy tak szybko na pomysł żeby wybrać się na Sokotrę, gdyby nie zaproszenie Ziyada Rahim z Z-Adventures, do wzięcia udziału w pierwszym w historii maratonie organizowanym na terytorium Jemenu. Dzięki Ziyadowi mieliśmy okazję pobiec we wrześniu 2019 roku maraton w Pakistanie, startując spod granicy pakistańsko-chińskiej, w dół Karakorum Highway – Khunjerab Pass Marathon i zdawaliśmy sobie sprawę, że również ten organizowany przez niego maraton będzie niezwykłą przygodą, i to nie tylko i wyłącznie biegową. Od kilku już lat agencja wyjazdowo-biegowa Z-Adventures zabiera pasjonatów biegania, żeby nie powiedzieć zakręconych na bieganie maratonów na całym świecie frików, w najdziwniejsze zakątki kuli ziemskiej, organizując, m.in. imprezy biegowe, które pozwalają przebiec 7 maratonów w 7 dni. Gdy tylko dotarła do nas wiadomość, że po raz pierwszy zostanie zorganizowany maraton w Jemenie i to w dodatku na Sokotrze, nie zastanawialiśmy się zbyt długo. Do rozeznania pozostawały finanse, opieka nad dziećmi, sprawy zawodowe i przystanek w Egipcie. Całą imprezę czyli tygodniowy pobyt na wyspie ze wszystkimi „atrakcjami” oraz możliwością startu we wszystkich zaplanowanych tam wydarzeniach sportowych – maraton, 10km i Aquathlon,  organizator skalkulował na blisko 4 tys. usd (koszt zawierał także przelot z Kairu na Sokotrę oraz jemeńską wizę). Słabym pocieszeniem ale jednak jakimś pozostaje, że jeśli nie chcielibyście nic wydać na miejscu, to faktycznie na wyspie nie wydacie ani dolara. Decydując się na taki wyjazd możecie liczyć na to, że spotkacie całą masę wariatów biegowych, którzy mają na koncie setki, dosłownie setki przebiegniętych maratonów, i którym akurat brakuje w kolekcji maratonu przebiegniętego w kraju na literę „Y”. Różnoracy rekordziści Księgi Rekordów Guinessa, niewyobrażający sobie życia bez biegania maratonów, pozytywnie zakręceni, inspirujący, z ogromnym bagażem doświadczeń, i to nie tylko podróżniczych czy biegowych. Oto przeważający skład pierwszego w historii maratonu w Jemenie. Wyjazd w takim gronie gwarantuje, że będzie ciekawie, aktywnie. Z częścią osób poznaliśmy się już wcześniej – kilka osób przy okazji startu w Pakistanie, Martę z Zenkiem i Wojtka cztery lata wcześniej w Marakeszu, gdzie wszyscy zaczynali wtedy swoją przygodę ze „światowym” bieganiem. Wiedzieliśmy z Wojtkiem, że pod kątem towarzyskim będzie to na pewno udany wyjazd. Wyjątkowości dodawał fakt, że flora i fauna Sokotry to w 1/3 endemity, których nie będziemy mieli okazji spotkać nigdzie indziej na świecie. Cały nasz pobyt na Sokotrze ogarniać miała agencja Welcome to Socotra, prowadzona przez pogodnych Włochów – Nicka (szefa), Bena, Matteo i Mariannę plus oczywiście chłopaków z Sokotry.

PIERWSZY W HISTORII MARATON W JEMENIE

Przez całą noc w namiocie słychać szum fal. Z jednej strony myślisz sobie, że może ci to przeszkadza i nie dasz rady spokojnie spać, z drugiej dociera do ciebie, że nie możesz się zamknąć na te odgłosy morza bo tak szumi morze tylko tu i tylko teraz. Rano krótka toaleta i śniadanie na wypasie, na które dostajemy fasolkę w sosie pomidorowym, która znika każdego dnia ze stołu śniadaniowego najszybciej, placki, które można wedle uznania posmarować na słodko (nutella, dżemy) lub bardziej wytrawnie (serki topione), zdarza się też jajecznica czy jajka na twardo. Hitem jest słodka herbata. Ale jest i kawa. Zaparzana w stalowej kawiarce. Nie żadne tam rozpuszczalne „nescafe” tylko prawdziwa, parzona kawa.

Sępy egipskie, tak nazywają się ptaki, które są obecne zarówno przy naszych śniadaniach, podczas kąpieli w morzu, wdrapywania się na wydmy, dosłownie od czasu jak tylko otwieramy oczy i rozsuwamy zamek w namiocie, do czasu jak kładziemy się spać. Ptaki nie są płochliwe, przekrzywiają zabawie łby jakby z zaciekawieniem przyglądały się co tu robimy i czy przypadkiem czegoś z naszej obecności nie będą mogły „ugryźć” dla siebie (czytaj: jest człowiek, jest łatwe jedzenie czyli sępimy).

Po śniadaniu Nick pyta nas czy będziemy chcieli udać się na krótką wycieczkę, na szczyt pobliskich wzgórz, skąd rozpościera się niesamowity widok na część wyspy. Pokazuje przy tym zdjęcie w telefonie, które wygląda jak kiczowaty obrazek z pierwszego lepszego folderu podróżniczego. Pomimo, że na wieczór na godz. 17:00 planowany jest start maratonu, a wspinanie się po piaszczystych wydmach i skałach w pełnym słońcu do lekkich nie należy, spora część z nas decyduje się na to wyjście. Takie zdjęcie, jakie pokazał nam Nick, okazuje się, że wcale nie jest trudno zrobić. Nie potrzeba żadnych filtrów (no może przydałby się ten ograniczający trochę ilość padających promieni słonecznych), bo najlepszym filtrem okazuje się sokotryjska przyroda. Widok z góry jest naprawdę imponujący, wieje przyjemny wietrzyk. Mam wrażenie, że każdy z nas odsuwa w czasie decyzję o zejściu na dół. Na zejściu oprócz frajdy z pokonania olbrzymiej wydmy, obserwujemy sukulenty niczym z gumy, wyrastające gdzieś przy kamieniach, wprost z piasku, podejmujące nierówną walkę z surową tu wyjątkowo naturą. W stosunkowo dużej odległości od morza znajdujemy sporo pokaźnych rozmiarów muszli, przepięknych kształtów, ważących nawet do blisko dwóch kilogramów jedna! Szkoda, że nie damy rady ich zabrać do domu…

Po wycieczce i podziwianiu panoramy wyspy w godzinach około południowych wszyscy marzą o kąpieli w morzu bądź prysznicu. Ponieważ woda pod prysznicami na kempie leci niezbyt wartko, a słońce ciągle przyjemnie grzeje, wybieramy kąpiel w morzu. Idziemy się kąpać. Najpierw w morzu, wykorzystując rewelacyjne fale, potem do strumienia, który znajduje się obok naszego obozowiska i który służy nam za łazienkę pod gołym niebem. Nam nie udaje się wypatrzyć ale niektórzy obserwują płaszczki (fot. Rebecca Griffey). Wieczorem trzeba też uważać na kraby, które dość licznie opuszczają swoje miejsca pod kopczykami i na hura ruszają do morza. Start maratonu zaplanowano tuż przed zachodem słońca na godz. 17:00.

Trasa maratonu prowadzi cały czas utwardzoną drogą (chyba nie zaryzykowałabym nazwania jej asfaltem), po jednej stronie wydmy i skały, po drugiej szumiące morze. Po pierwszej, krótszej pętli, mamy do pokonania jeszcze sześć, z których każda ma po około 6,4 km. Na miejscu, z którego startujemy i na nawijce po trzecim z kawałkiem kilometrze od startu, znajdują się punkty odżywcze – napoje (woda, pepsi, red bull, mirinda) oraz słodkie, energetyczne przekąski i suszone owoce. Z napoi korzystamy za każdym razem (woda). Jemy tylko na punkcie startowym wcześniej pozostawione swoje żele. Już po pierwszej sześciokilometrowej pętli zakładamy czołówki bo jest kompletnie ciemno. Każdy biegnie w swoim tempie i nie mijamy na trasie większego skupiska biegaczy niż trzech. Trasa nie jest zupełnie płaska, czego można by się spodziewać po położeniu wzdłuż morza i niewielkim, wcześniej nam sygnalizowanym, przewyższeniu. Przez to, że nie ma zbyt dobrej widoczności nie jesteśmy w stanie właściwie zaplanować niewielkich podbiegów. Maraton został przez organizatora nazwany Full Moon Maraton i faktycznie księżyc, wprawdzie od dwóch już dni nie w pełni, świeci, jednak przez większość trasy przysłonięty jest przez chmury. Niby bezpiecznie, a jakoś tak nieswojo trochę. Z powodu mojego deficytu kondycji i braku regularnych treningów część trasy stanowi niestety marszobieg. Docierając wspólnie na metę w czasie 6:47:30 prawie zamykamy stawkę. Na mecie czekają na nas zawodnicy z Polski, którzy już dawno temu zakończyli bieg. Fajnie, że poczekali. Radość.

Pierwszy w historii maraton w Jemenie kończą 22 osoby (wszyscy, którzy stanęli na linii startu). Wśród zawodników jest 8 kobiet i 14 mężczyzn z 11 krajów – Kanady, Szwajcarii, Polski, U.S.A, Trynidadu i Tobago, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Nigerii, R.P.A. i Pakistanu. Zawodnicy startują w kategorii Open i Masters (powyżej 50 roku życia). Osobno klasyfikowane są kobiety i osobno mężczyźni. Pierwszy, z czasem 3:15:54 na metę dociera Alexander Scherz (SUI). Elizabeth Warner melduje się na mecie jako pierwsza kobieta z czasem 4:37:30. Ostatni zawodnik dociera na metę po 7 godz. 36 min. 34 sek. Wśród startujących Polaków (9 osób) jako pierwszy na metę dociera Jacek Struk z czasem 3:48:35 (2. w kategorii Open mężczyzn), za nim plasuje się duet Robert Szulc i Wojtek Machnik – 5:50:10. Z czasem 5:34:09 na mecie pojawia się Marta Szulżycka (3. w kategorii Open kobiet) i drugi w kat. Masters Zdzisław Wolny – 4:57:37. Mazurka Dąbrowskiego może nam nie grają ale i tak podium w każdej niemalże kategorii jest nasze.

Jeszcze tylko nocna kąpiel w naszym przykempingowym strumieniu i kładziemy się spać z poczuciem, że ten dzień został przez nas wykorzystany na maksa.

jm

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn