Hadibo, Diksam i 10 km wśród “dragonów”

NA POCZCIE W HADIBO

Wydawać by się mogło, że najintensywniejszy dzień na Sokotrze to ten, w którym pobiegliśmy maraton. A jednak ten dzień, w którym najwięcej się działo, był właśnie przed nami. Słoneczny poranek na plaży, śniadanie i pakowanie obozu. Ruszamy w kierunku płaskowyżu Diksam by w cieniu drzew smoczej krwi pobiec 10 km. W drodze na płaskowyż zatrzymujemy się w Hadibo. Chciałoby się dodać – żeby pozwiedzać. Żadnego zwiedzania jednak w Hadibo nie ma. Hadibo to miejsce, z którego nie przywieziecie sobie do domu magnesu na lodówkę. Hadibo, znane wcześniej jako Tamarida, leży na północnym wybrzeżu, nie ma portu, od lotniska uruchomionego w 1999 roku oddalone jest o około 12 km. Hadibo to główne miasto na wyspie. Stolica. 

Tuż po wyjściu z auta okazuje się, że moje spodenki do kolan nie będą zbyt dobrze widziane na ulicach i potrzebny będzie sarong (spory kawałek tkaniny, upięty w spódnicę), który wcisnęłam przy pakowaniu przed opuszczeniem kempingu gdzieś, na chybił trafił, do walizki. Większość osób z naszej grupy już ruszyła „w miasto”, a my z Wojtkiem czekamy na samochód z moim bagażem, który odjechał zaparkować kawałek dalej. Wojtek wymienia trochę dolarów na jemeńskie riale u Nicka, ja się w końcu „doubieram” i w towarzystwie Abdullaha udajemy się na spacer po mieście. 

Hadibo to najbrudniejsza część Sokotry, można śmiało powiedzieć, że ulice usłane są śmieciami. Kawałki tektury, nadżarte przez kozy kartony, zgniecione plastikowe butelki czy puszki tworzą „koloryt” miasta. Na ulicach, przy nielicznych straganach (handel toczy się raczej na poziomie 0), jak przystało na kraj islamski, mężczyźni, zarówno jako sprzedawcy jak i potencjalni klienci. Jedynie na „stoisku” z miejscową, ręcznie zrobioną ceramiką, zdobioną smoczą krwią, sprzedaje kilka na czarno ubranych kobiet. Wojtek robi mi zdjęcie przy „zakupach”. Na zdjęcie kobiet się nie decydujemy, na pewno nie chcą by je fotografować. Jest i hotel, w którym wczoraj wieczorem korzystaliśmy z Wi-Fi. Jeszcze przed wyjazdem mieliśmy możliwość zdecydować, czy chcemy na miejscu spać na kempingu czy w hotelu. Decyzja o tym, gdzie spędzimy wszystkie noce na Sokotrze była jednomyślna i nie zajęła nam więcej niż 5 minut (nie zawsze podejmujemy decyzje tak zgodnie i tak szybko…). Niczym kiczowata fototapeta na horyzoncie widać góry Haghir. Wojtek twierdzi, że niektóre ze szczytów wyglądają jak takie „mini Torres del Paine”…

Będąc w Hadibo, nie sposób nie trafić na targ rybny. Sprzedawcy ryb „zainstalowali” się pod murem dość szczelnie ogrodzonego boiska. Kiedy, kto i w co tu gra przy temperaturze średnio 32st.C w ciągu dnia lub przy wietrze, który zwala z nóg? Po drugiej stronie kilka straganów i skrzynek z owocami i warzywami. Część z nich leży na ziemi i raczej nie mówi do potencjalnych klientów „kup mnie”. Podoba mi się, że tu nikt nikogo do niczego nie namawia, nie ma typowego, jak choćby spotkanego niedawno w Egipcie, ciągłego nagabywania. Choć jeden ze sprzedawców pozwala Wojtkowi na zdjęcie z rybą, to gesty części z pozostałych wskazują, że niekoniecznie życzą sobie, żeby ich fotografować (Wojtek czasami zadziwia mnie swoimi pomysłami na „fotograficzne stylizacje” – w Kairze uparł się na zdjęcie na wielbłądzie, tu koniecznie chciał pozować z rybą…).

Po wizycie na targu rybnym, wpadamy na pomysł, że chcielibyśmy wysłać kartki pocztowe z Sokotry. Abdullah trochę skonsternowany próbuje nam wytłumaczyć, że z Sokotry nie da rady wysłać kartek. Nie do końca rozumiemy tłumaczenie, postanawiamy zatem jedynie upewnić się, że faktycznie nie można stąd wysłać kartek i nie drążymy już dalej tematu. Chociaż niezupełnie nie drążymy, bo zaciekawiona tym, że nie można tych kartek wysłać pytam, czy w mieście jest poczta, na której moglibyśmy kupić znaczki – że niby na pamiątkę… Wychodzę pewnie trochę na pocztowego świra, ale Abdul uprzejmie twierdzi, że poczta wprawdzie jest, ale czy są tam znaczki to pewności już nie ma. Może nas zaprowadzić i spytamy na miejscu. Nietrudno się domyśleć, że Hadibo żadną metropolią nie jest i po kilku chwilach jesteśmy już przed budynkiem poczty. O tym, że to poczta wiedzą zapewne jedynie miejscowi. Żaden napis, szyld tego nie zdradza, bo po prostu takowego nie ma. Podobnie z resztą rzecz się ma z hotelem – jeśli nie wiesz, że ten konkretny budynek to hotel, nie spodziewaj się, że jakiś napis, piktogram, ci to zdradzi. Żadnych oznaczeń drogowych typu: „Lotnisko 12 km” też na całej wyspie nie uświadczysz. Budynek poczty jest wyjątkowo okazały, porównując z pozostałą architekturą w mieście, a w środku panuje przyjemny chłód. Nawet jeśli cała ta akcja z pocztą to strata czasu, już samo schłodzenie się po tym czasie spędzonym na słońcu, warte jest całej tej „wycieczki”. Abdullah podchodzi do okienka i pyta jednego z mężczyzn, wskazując na nas, pewnie o te nieszczęsne znaczki. Okazuje się, że faktycznie znaczków nie ma, ale nie ma ich w bieżącej sprzedaży i pod ręką pocztowca. Po chwili przychodzi młoda kobieta ubrana w czarny nikab (zasłona na twarz, przy której odkryte pozostają jedynie oczy) i abaję (długa, luźna suknia), która prowadzi nas na piętro budynku. Abdul szepce do nas, że na poczcie, na piętrze budynku, jest pierwszy raz. Wchodzimy do pomieszczenia, w którym stoi biurko, dwa krzesła, mały taboret i coś co ewidentnie wygląda jak sejf. Pani otwiera zamkniętą na klucz szafę i wyjmuje z niej znaczki. Pozostaje dość kłopotliwe liczenie, ile mamy zapłacić. Kłopotliwe z tego powodu, że liczymy w trójkę – ja, pani wydelegowana z ramienia poczty i Abdul, a każdemu z nas wychodzi inaczej… Finalnie, iloczyn ilości znaczków i nominałów na nich widniejących wskazuje u wszystkich jednakową kwotę i przychodzi do płacenia. Okazuje się, że tyle zachodu, a nam brakuje bodajże kilkaset riali… No więc od nowa – odkładamy z wcześniej już odłożonych, a jeszcze wcześniej z wyjętych z sejfu znaczków, dwa, trzy, żeby kwota się zgadzała z tą, którą mamy w portfelu. Po kilku chwilach, kobieta, po zagajeniu przez Abdula, przystaje jednak na to, żebyśmy wzięli pierwotną ilość znaczków i zapłacili tym, co mamy. Bardzo mile jesteśmy zaskoczeni choć dziwi nas trochę, że jednak poczta, urząd państwowy, a taka dowolność jeśli chodzi o ewentualne rozliczenia? Nie żeby akurat teraz zrobiło się jakość szczególnie miło, ale idąc za tak zwanym ciosem, niczym typowa, upierdliwa klientka, pytam, czy są tu, na poczcie, kartki pocztowe, mając nadzieję, że może w tym sejfie… Nie ma. No bo niby czemu miałyby być, skoro i tak nie można ich nigdzie wysłać. Jeśli o tym nie pisałam, to muszę tu podkreślić niezwykłą uczynność, pozbawioną jakiejkolwiek nachalności, u miejscowych chłopaków, z którymi się spotkaliśmy, i którzy towarzyszyli nam w podróży po wyspie. Abdullah jeszcze tego samego dnia organizuje dla nas kilka kartek pocztowych z widokami Sokotry.

DIKSAM, W CIENIU „DRAGONÓW”

Jedna z wersji lokalnej legendy mówi, że drzewo smoczej krwi wyrosło z krwi dwóch braci walczących na śmierć i życie, inna, że zostało stworzone z krwi smoka, który został ranny podczas walki ze słoniem. Dojeżdżamy do miejsca, w którym dziś spędzimy kolejną już noc na Sokotrze. Płaskowyż Diksam obejmuje obszar wyżynny w środkowej części wyspy i jest największym obszarem, na którym można spotkać drzewa smoczej krwi. To tu, w ich cieniu, odbędzie się bieg na 10 km. Pierwszy raz spotykamy dzieci, które nas zaczepiają, pytają jak mamy na imię i skąd jesteśmy. Mają ze sobą kilka plastikowych woreczków ze smoczą krwią i gdy mówię, że potem, nie robią z tego większego problemu. Faktycznie chcę przywieźć do domu odrobinę tej brunatnej żywicy, ale w tej chwili nie mam przy sobie ani dolara, ani cukierka ani nic kompletnie, co mogłabym podarować któremuś z dzieci. Zaciekawione naszą obecnością dzieci, raczej to zbyt nie przejmuje. 

Zanim rozgościmy się pod namiotami, udajemy się na lunch. Po raz kolejny pozostajemy pod wrażeniem i urokiem miejsca, w którym przyszło nam jeść. Pod parasolami wiekowych „dragonów” ekipa Welcome to Socotra rozłożyła miękkie materace. Leje się herbata, na środek wjeżdża jedzenie, a znane nam już z wcześniej odwiedzonych miejsc egipskie sępy, zaczynają sępić. Robimy zdjęcia, rozkładamy się bardziej wygodnie, niektórzy przyjmują pozycje horyzontalne. Część osób zabrała się już w kierunku namiotów – wstępnie na godz. 16 zaplanowano start biegu.

Po dotarciu na miejsce naszego dzisiejszego kempingu okazuje się, że dziś śpimy na dużym podwórku pomiędzy niewielkimi, murowanymi budynkami. Sceneria jest mniej romantyczna niż nad brzegiem morza, za to część z budynków to toalety z prysznicami, co nas cieszy. Po maratonie zdecydowałam, że nie będę biegła tej dychy nawet w tak niepowtarzalnej scenerii. Odnowiła się jedna ze starych kontuzji, a widząc jak wymagająca jest trasa, to nawet przy 10 km postanowiłam nie ryzykować. O samym biegu opowie dalej Wojtek, który przebiegł 10km zajmując trzecie miejsce w kategorii Masters, czyli 50+. Brawo!

Gdy biegacze zmagają się z pierwszą, dłuższą pętlą, Marianna pyta, czy widziałam już młode drzewa smoczej krwi. Razem z chłopakiem z wioski idziemy do czegoś zorganizowanego na kształt ogródka. Miejsce otoczone jest kamiennym murkiem, które ma je chronić przed wszędobylskimi kozami, zostało założone w 2000 roku na około 1000 sztuk młodych drzew, z których do dziś przetrwało około 800. Na jednym ze zdjęć znajdziecie 14-letniego chłopaka, który stoi przy jednym z takich młodych „dragonów”. Drzewko jest czternastoletnie, co obrazuje, jak wolno te drzewa rosną.

Podczas kolacji pierwszy raz jemy na wyspie mięso (bo ryba, to ryba). Kozina. Nie jadłam do tej pory kozy. Zdarzyło mi się spróbować takich zwierzaków jak koń czy krokodyl, ale kozy jak dotąd nie. Po pysznych rybach jedzonych nad brzegiem morza, smak mięsa nie zachwyca, choć podobno to mięso chude, zdrowe i bogate w dobre kwasy, witaminy czy żelazo. Jacek ma dziś urodziny. Po wręczeniu medali za zajęcie poszczególnych miejsc w danych kategoriach, na stół uroczyście wjeżdża poczwórny tort urodzinowy przygotowany specjalnie dla solenizanta. Do snu, zamiast szumu fal, kołysze nas „śpiew muezina”.

jm

10 KM WŚRÓD DRZEW SMOCZEJ KRWI (Wojtek)

Błogie lenistwo po sokotryjskim maratonie powoli trzeba kończyć. Czas rozpocząć nowy challenge, czyli bieg na 10 km ze smoczymi drzewami w tle. Mimo, że to tylko 10 tys. kroków do postawienia, to trasa jaką nam  przygotowali organizatorzy jest bardzo urozmaicona. Do pokonania mamy dwie pętle. Pierwsza z nich, w większości po pofałdowanym asfalcie liczy 6 km, druga po szutrowej nawierzchni, a w bonusie wszystko góra – dół, jak na wykresie sinusoidy. Start zaplanowano około godz. 16, aby temperatura nieco poleciała w dół na słupku z rtęcią i żeby dać nam, biegaczom, szanse na mniejszy biegowy „wypocinek”. Chwilę przed startem pamiątkowe zdjęcie i ruszamy. Jedni biegną po zwycięstwo i medale, inni, aby zaliczyć debiut na dyszkę. Asia tym razem nie biegnie. Będzie robiła za fotoreportera, który chce uchwycić chwile z biegu. Pewniacy do walki o najwyższy stopień podium – Jacek i Alex ze Szwajcarii, ostro ruszyli od startu, niczym te dziki, co poszły w żołędzie. Inni zaś, w swoim tempie, podnosząc dziarsko nogi, rozpoczęli nierówną walkę z wciąż jeszcze wysoką temperaturą i trudną nawierzchnią. Stawka biegaczy się szybko rozciągnęła. Trasa biegu prowadziła przez moment blisko szkolnego boiska, gdzie miejscowe dzieci bardzo się zainteresowały nami biegaczami. Nie ograniczały się one tylko do dopingu. Kilkoro z nich towarzyszyło nam biegnąc obok nas na krótkich odcinkach. Po pierwszej pętli ukształtowała się czołówka biegu, która utrzymała się do mety. W niej znaleźli się: Alex, Jacek i Zdzisław. Dla niektórych z nas bieg był bardzo meczący. Jeden punkt z napojami na trasie, to stanowczo było za mało, jak na tą temperaturę. Mi osobiście pozostanie z biegu w pamięci pogoń po szutrze, za Zenkiem, która zakończyła się sukcesem i wspólnym wbiegnięciem na metę oraz nieziemska sceneria drugiej pętli, nazwanej przeze mnie „loop with dragon trees”, po której na mecie dostałem medal za 3. miejsce w kategorii Masters + 50 😊

Wojtek

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Więcej na blogu