Dolina Wadi Kilisan

SOKOTRI czyli SOCOTRA = SOQOTRA = SOKOTRA

Jak wpiszecie sobie do jakiejkolwiek wyszukiwarki w intrenecie poszczególne nazwy geograficzne miejsc, do których udało nam się na Sokotrze dotrzeć, to po chwili zorientujecie się, że prawie wszystkie nazwy tych samych, konkretnych miejsc, pisane są w różny sposób. I tak przykładowo, Arhar = Arher, Homehil = Homhill = Humhil = Hom Hill, Diksam = Dixam = Dicksam, Haghir = Hagher = Haghier = Hadjar, czy stolica wyspy Hadibo = Hadiboh = Habido = Hadiba. Dzieje się tak dlatego, że sokotri nie występuje w formie pisanej. Konsekwencją tego jest, między innymi, spora trudność w zapisywaniu lokalnych nazw geograficznych (wiosek, gór, wąwozów, dolin, itp.) Wielu badaczy, podróżników próbowało i nadal próbuje zapisywać nazwy geograficzne, bazując na tym, co i jak usłyszą od lokalnych mieszkańców, dokonując przy tym fonetycznej transkrypcji. To, z oczywistych względów, prowadzi do różnorodności w nazwach publikowanych w literaturze. Inaczej przecież usłyszy i zapisze dane słowo Polak, a inaczej transkrypcji fonetycznej tego samego słowa dokona Chińczyk.

WADI KILISAN, MIEJSCE, W KTÓRYM NIE MOGŁAM SOBIE ODMÓWIĆ KĄPIELI

Po wczorajszym bogactwie sokotryjskiej flory, szczególnie drzew, dziś, na początku naszego trekkingu w dół doliny spotykamy dość surową przyrodę. Nie za wiele drzew, jedynie gdzieniegdzie kilka powykręcanych „butelkowców”. Mimo że do południa jeszcze trochę czasu, słońce już świeci dość mocno. Schodzimy coraz niżej i powoli brunatne barwy skał ustępują miejsca białym, wytartym kamieniom i turkusowo-szmaragdowej wodzie.  W dole doliny przechodzimy przez dość wartki strumień i wkrótce naszym oczom ukazuje się naturalny basen.

Miejsce do kąpieli, i jak się okazuje do skoków do wody, jest tak fantastyczne, że zaczynam coraz bardziej żałować, że zapomniałam zabrać ze sobą stroju kąpielowego. Jeszcze przed opuszczeniem kempingu chłopaki z Welcome to Socotra zapowiedzieli, że dziś dotrzemy do miejsca, w którym można się będzie wykąpać w przepięknym miejscu i żebyśmy zabrali stroje kąpielowe. No właśnie. Tyle, że ja swojego zapomniałam. Nie zabrała też ze sobą stroju Karen, za to Rebecca spakowała zapasowe bikini… Nie wiem czy jest na świecie jeszcze takie miejsce, w którym zdecydowałabym się pożyczyć, od kilka dni wcześniej poznanej dziewczyny, połowę bikini, by móc sobie trochę popływać? Pewnie nie ma. Mnie przypadł dół, Karen ochoczo przebrała się w górę. Razem wyglądałyśmy dość zabawnie, w jednym, kolorowym bikini, uzupełniając odpowiednio pozostałe, brakujące elementy stroju, o własne. Miejsce było tak niewiarygodnie przepiękne, a woda tak kusiła, żeby się w niej zanurzyć, że Liz, dla której już nie wystarczyło do podziału bikini Rebecki, pożyczyła szorty i T-shirta od jednego z chłopaków by móc popływać. Takie miejsce. Inaczej niż wczoraj na płaskowyżu Homhil, tutaj nie wiało, a miejsce do skoków do wody było bardziej spektakularne. Totalny chillout, całkowity luz, relaks. Żadnych problemów, no bo ten z brakiem stroju do pływania, szczęśliwie rozwiązany. Zero myśli typu koronawirus, co w domu czy na świecie. No dobra, może tylko takie, że Marii nie dałoby się wyciągnąć z wody, a Mikołaj skakałby do wody raz za razem.

Jak to mówią? Że woda wyciąga? Dochodzą do nas słuchy, że część osób poszła już na lunch. Kolejny posiłek w malowniczych okolicznościach przyrody i powoli zaczynamy zbierać się do powrotu. Wojtek korzysta z niepowtarzalnej okazji – decyduje się na naturalne jacuzzi w wartko płynącym strumieniu.

Plaża, na której rozbijamy kolejny obóz, jest inna od poprzedniej. Chociaż piasek też jest biały i miałki, to jednak pełno w nim muszli, kamieni i szkieletów rozdymek, w wersji nierozdętej. Tak naprawdę to lepiej nie pozwalać sobie na komfort chodzenia boso, tym bardziej że słońce zaczyna się już chylić ku malowniczemu zachodowi i widoczność spada.

Przy kolacji dowiadujemy się, że Nick i Matteo jadą do Hadibo – muszą zatankować auta i skorzystać z internetu. Pytają, czy ktoś chce się z nimi zabrać i podjechać do hotelu, w którym jest wi-fi. Tak naprawdę nie jest nam potrzebny dostęp do wi-fi, nie odczuwamy jakiejś szczególnej potrzeby, żeby połączyć się ze światem. Mamy ze sobą telefon satelitarny, z którego raz dziennie łączymy się z domem. Morze głośno szumi i będzie jeszcze tak szumiało przez całą noc. Wykorzystujemy okazję, że możemy zabrać się do stolicy. Po drodze podjeżdżamy na stację benzynową, na której jedynie ruch pojazdów i obecni ludzie świadczą o tym, że jest czynna i funkcjonuje. Wszystkożerne kozy zajadają się resztkami kartonu, kierowcy tankują paliwo do wszelkiego rodzaju pojazdów i do wszystkich możliwych rodzajów pojemników, które właśnie w tej chwili stają się pojemnikami na paliwo. Nie mamy lokalnej waluty. Nawet nie wiemy, co to za waluta i jaki jest jej przelicznik choćby do dolara. Nie przeszkadza nam to jednak udać się do murowanej budy obok dystrubutorów z paliwem, w której namierzamy zimne napoje w puszkach! Za jednego dolara dostajemy trzy puszki. Wydaje się, że dla miejscowych, którzy przyjechali zatankować, jesteśmy niewątpliwą atrakcją.

W Hadibo, w jednym z dwóch hoteli na wyspie, okazuje się, że wi-fi wprawdzie jest, ale przy kilkunastu osobach i przy tak słabej jego mocy, nie wszystkim udaje się od razu nawiązać połączenie (za dostęp do sieci płacimy po kilka dolarów). Przez cały ten czas, który dotychczas spędziliśmy na wyspie, nie docierały do nas żadne informacje o tym, jak olbrzymie spustoszenie zdążył już zrobić na świecie koronawirus. Z przyrecepcyjnego telewizora uderzają w nas przerażające liczby… Zamykanie granic, kwarantanny… Sama nie wiem, czy żałuję, że właśnie dotarła do mnie ta wiedza i wolałabym nie mieć o tym wszystkim bladego pojęcia czy też wdzięczna jestem za te informacje. Chyba jednak to pierwsze. Po powrocie na plażę, to nie głośne fale nie pozwalają mi od razu zasnąć…

Komu zdarzyło się być w miejscu, które go totalnie urzekło i kto przy takiej okazji zrobił mnóstwo zdjęć, ten doskonale wie, jak trudno potem wybrać z tych zdjęć te „-dziesiąt”, które w pełni oddadzą charakter i wyjątkowość tego miejsca. Nie inaczej rzecz się miała z doliną Wadi Kilisan.

jm

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn