Tromsø, czyli wypad za koło podbiegunowe

U nas aura niczym wiosną, więc korzystając, że dzieci mają jeszcze tydzień ferii, robimy sobie weekend w środku tygodnia, by poszukać zimy. Wyruszamy za koło podbiegunowe. Lecimy do Tromsø. Pomimo tego, że cel naszego dwudniowego wypadu leży 350 km za kołem polarnym to klimat tam nie jest zbyt surowy. Na miejscu zastajemy piękną zimę (-4st. C do 0st. C podczas całego pobytu). Jeszcze przed wyjazdem czytamy, że noc polarna trwa w Tromsø od 27 listopada do 19 stycznia, w innym miejscu, że 21 stycznia mieszkańcy świętują pierwszy wschód słońca po nocy polarnej.

Plan

Mamy plan. Uwielbiam mieć plan, nawet jeśli nie zawsze jest realizowany w 100%, planować kolejne wyjazdy, nawet wtedy gdy nie dochodzą do skutku. Ogromną frajdę mam już na samym etapie układania podróży. Chyba oboje z Wojtkiem lubimy też powroty, bo często wracamy do miejsc, w których już byliśmy, do tych, które się nam spodobały i które chcemy pokazać dzieciom. Podobnie jest i tym razem. Chociaż  w Tromsø już byliśmy, teraz zamierzamy wspólnie z dziećmi zapolować na zorzę polarną, powozić psim zaprzęgiem i obejrzeć domy ze śniegu i lodu.

Wrota Arktyki

Tromsø jest siódmym pod względem wielkości miastem w Norwegii i największym  w jej północnej części, a mimo to, już po raz kolejny, sprawia na nas wrażenie „urokliwego miasteczka”. W XIX i XX wieku miasto było punktem startowym dla wypraw polarnych m.in. Roalda Amundsena czy Fridtjofa Nansena, przez co zyskało sobie miano „Wrót Arktyki”. We wtorek wieczorem przekraczamy zatem Wrota Arktyki i autobusem linii 42 (dobrym pomysłem okazuje się zainstalowanie  w telefonie aplikacji Troms Mobillet i podpięcie pod nią karty kredytowej – kupowane przez aplikację bilety są sporo tańsze) docieramy z lotniska do hotelu Enter Tromsø Amalie Hotel, którego wybór okazuje się strzałem w dziesiątkę, i który jest absolutnie do polecenia. Zostawiamy bagaże i ruszamy w miasto.

Katedra Arktyczna

Niedaleko hotelu wsiadamy w autobus, który wiezie nas przez most na wyspę Tromsøya, wprost pod Kościół Tromsdalen, który z powodu swojej konstrukcji został nazwany Katedrą Arktyczną (Ishavskatedralen). Kształt Katedry Arktycznej, która w istocie jednak katedrą nie jest, przypomina trochę tradycyjny namiot lapoński, choć mi kojarzy się raczej, z budynkiem filharmonii w Szczecinie. Wrażenie robi ogromny trójkątny witraż, który został wykonany z grubych na 10 cm bloków szkła wprawionych w żelazo i osadzonych w betonie. Widok spod katedry, szczególnie
w zimowej scenerii jest niesamowity i pozwala zaspokoić tegoroczny głód zimy.

Fjellheisen – kolejka górska, a może tramwaj powietrzny

Spod katedry wyruszamy pieszo w kierunku kolejki Fjellheisen, do której dojście jest dość dobrze oznakowane. Zamierzamy wjechać na Storsteinen by z wysokości około 420 m n.p.m. podziwiać widok na Tromsø nocą. Tak naprawdę liczymy po cichu, że  z górnej stacji kolejki uda nam się zobaczyć zorzę polarną. Pomimo licznych świateł miasta w dole, zdarza się to podobno dość często. Tego dnia jednak ciemne, ciężkie, śnieżne chmury rozwiewają nasze nadzieje na spotkanie aurory borealis. Bilet na kolejkę można kupić przez internet i jest wtedy tańszy (przy rodzinie 2+2 warto wybrać opcję „family ticket”). Kolejka kursuje w zimie w godz. 10-23 co 30 minut, jednak jest uzależniona od warunków pogodowych (w razie silnego wiatru – nie działa). Jazda kolejką na górę trwa około 4 minuty. Na górze jest dużo zimniej niż na dole i nawet jeśli na dole jest cisza i spokój, to na górze może dość mocno wiać. Podobno sporo turystów wjeżdża na górę po to, by rozpocząć z tego miejsca trekking m.in. na pobliski Tromsdalstinden 1248 m n.p.m. Pomimo tego, że dzień był dość męczący, znajdujemy jeszcze moc by w drodze powrotnej do hotelu zajrzeć do portu. Dzieci wykorzystują każdą chwilę, by nacieszyć się śniegiem.

Dolina Tamok, psie zaprzęgi, Tromsø Ice Domes i karmienie reniferów

Kolejny dzień to tak naprawdę meritum naszego przyjazdu do Norwegii. O godz. 9:30 czeka na nas w centrum, czyli 5 minut spacerkiem od naszego hotelu autokar, którym jedziemy do Doliny Tamok (1,5 godz. jazdy, około 90 km za Tromsø). Jazda autokarem, pomimo czarno-białego pejzażu za oknem wcale się nie dłuży, nawet dzieciom, które korzystając z okazji intensywnie eksploatują autobusowe wi-fi. Pierwszym punktem programu (wyjazd ogarnęliśmy przy pomocy Get your guide) jest wizyta w Tromsø Ice Domes. Tromsø Ice Domes to domy ze śniegu, kształtem przypominające spore iglo. Do budowy tych konkretnych sprowadzono specjalistów aż z Finlandii. „Pożyczając” lód do budowy z Finlandii, zbudowano też wszystkie meble, figurki, etc. wewnątrz śnieżnej konstrukcji. Budowa takiego śnieżnego domu wygląda w ten sposób (upraszczając oczywiście), że nadmuchiwany się duży balon, który następnie obsypywany jest sztucznym śniegiem (sztuczny śnieg jest dużo lepszy przy tego typu konstrukcjach).  Następnie spuszcza się powietrze z balona, wyjmuje ze śnieżnego domu i przystępuje do pracy nad detalami. Jeśli ktoś ma życzenie spędzić noc w takim śnieżnym domu, to jest to możliwe w jednej z siedmiu lodowych komnat (toalety i prysznic znajdują się w drewnianym budynku obok). Kolejnym punktem naszego przyjazdu do Doliny Tamok jest jazda psim zaprzęgiem. Podjeżdżamy autokarem około 10 min. do miejsca, z którego będziemy maszerować. Na miejscu przebieramy się w specjalne kombinezony i buty (można zostać w swoim ubraniu;  z naszej kilkunastoosobowej grupy nikt się na to nie zdecydował; warto zabrać ze sobą gogle, których na miejscu nie można wypożyczyć) i ruszamy do miejsca, w którym czekają na nas wyraźnie już zniecierpliwione psy. Jazda psim zaprzęgiem to fajna sprawa, szczególnie wtedy gdy psy łapią wiatr w sierść. Blisko natury, z dala od cywilizacji, dookoła piękna zima. Wydawało nam się podczas instruktażu dotyczącego tego, jak powozić psim zaprzęgiem, że nic specjalnego nie może się przy okazji maszerowania wydarzyć. Otóż nic bardziej mylnego. Jedziemy sobie, jedziemy, aż tu, ni z tego, ni z owego, zauważam z prawej strony dwa psie łby (wcześniej powiedziano nam, że nie powinniśmy się za bardzo zbliżać do sań przed nami  i zachować odstęp około dwóch metrów). Maszeruje Mikołaj (ja delektuję się okolicznościami przyrody wygodnie siedząc w saniach), który dostrzegając psiaki, zdecydowanie hamuje. Odwracamy się oboje i widzimy w sankach za nami panią bez maszera. Jak się później okazało przy rozmowie i zupie rybnej, pani nawet nie zorientowała się, że jej maszer zgubił się gdzieś po drodze i kilkaset metrów przejechała sama jedynie w towarzystwie psów. W drodze powrotnej do Tromsø zajeżdżamy raz jeszcze do Tromsø Ice Domes by móc nakarmić młode renifery.

Po powrocie z Doliny Tamok w centrum Tromsø jemy najdroższą pizzę w naszym życiu w jednej z tamtejszych sieciówek (o cenach w Norwegii nie warto nawet wspominać…).

Dzień powrotu, dzień wcale nie stracony😉

Ponieważ nasz lot do GDN jest po południu, korzystamy i idziemy na spacer po Tromsø. Niska, drewniana zabudowa w centrum po raz kolejny nie daje nam odczuć, że jesteśmy w największym mieście w północnej Norwegii. Nie odmawiamy sobie ponownej wizyty w porcie. Tym razem nie udało się nam upolować zorzy polarnej. Wrócimy ponownie na łowy.

A.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn