AZJA
12th Baikal Ice Marathon
06/03/2016

 

Bieg po zamarzniętym jeziorze czyli jak przebiec maraton w 7 godzin i zwyciężyć. Nasz wyjazd biegowy na kolejny już maraton na świecie rozpoczynamy w Kaliningradzie, skąd samolotem przez Moskwę docieramy do Irkucka (do Kaliningradu dojeżdżamy z Gdańska autem). Położony nad jedyną rzeką, która wypływa z Bajkału –Angarą - Irkuck wita nas kilkustopniowym mrozem. Do wykorzystania w Irkucku mamy zaledwie jedno popołudnie (byłby cały dzień ale lądując skoro świt w tej syberyjskiej „metropolii” nie sposób oprzeć się kilkugodzinnej drzemce… 9 godzinna zmiana czasu daje o sobie znać, a i tak krótka „aklimatyzacja” do odległej strefy czasowej jest nieodzowna). Na spacer wybieramy tzw. "Green Line" - trasę turystyczną, na której znajduje się 30 najciekawszych punktów w mieście m.in. Sobór Objawienia Pańskiego, Kościół Polski z 1881r., Moskiewski Łuk Triumfalny, pomnik V.I. Lenina. Trasa oznaczona jest zieloną linią namalowaną wzdłuż chodników, co w zimie, przy miejscami nie odgarniętym śniegu, może powodować niewielki kłopot w orientacji. Spacer na ok. 5km trasie, w zależności od intensywności czytania tabliczek informacyjnych dotyczących ww. zabytków, zajmuje nam ok. 2-3 godziny. Na trasie spotykamy charakterystyczne dla architektury syberyjskiej drewniane domy (jeśli chodzi o ornamenty przy niektórych – koronkarska robota). Parapety niektórych z nich sięgają, dosłownie, bruku. Dlaczego? Syberia to obszar wiecznej zmarzliny, na którym temperatura wierzchniej warstwy ziemi jest trwale niższa od zera. Na skutek ocieplenia klimatu dochodzi do stopniowego rozmarzania wiecznej zmarzliny i, nie tylko budynki, zapadają się...

Po nocce w Irkucku stawiamy się o umówionej porze w wyznaczonym miejscu czyli zwarci i gotowi pojawiamy się na lotnisku gdzie już zbierają się pozostali zawodnicy. Odhaczamy naszą obecność u jednego z organizatorów na liście, robimy sobie zdjęcia. Czas płynie szybko, tym bardziej że jest to pierwsza okazja by się sobie przyjrzeć i trochę porozmawiać (chłopak z Moskwy takie rzeczy opowiada o Kamczatce i w taki sposób, że tylko utwierdza nas w przekonaniu, że jest to miejsce, do którego trzeba koniecznie dotrzeć). W końcu pakują nas do 2 pełnowymiarowych autokarów i ruszamy w kierunku Bajkalska. Podróż autokarem do Bajkalska dla tych, którzy dzień wcześniej nie skorzystali z aklimatyzacyjnej drzemki lub nie mieli do niej sposobności okazuje się dość męcząca ;-) – Andriej, jeden z organizatorów BIM tak ciekawie całą drogę opowiada o Irkucku, Syberii, Bajkale, endemicznych omułach, fokach bajkalskich (nerpach) i skorupiakach „czyścicielach” najgłębszego jeziora na świecie… Szkoda oko zmrużyć. No i te widoki za oknem

Bajkalsk okazuje się kurortem narciarskim na Sobolowej Górze, w którym zostajemy zakwaterowani na pierwszy wspólny nocleg. W sklepikach przy stoku nadrabiamy zaległości jeśli chodzi o kupowanie pamiątek z podróży i nabywamy kilka buriackich gadżetów na pomyślność ;-) Szusujący narciarze, słońce – jest pięknie.

Przy kolacji mamy okazję poznać sporą grupę startujących Polaków, na czele z faworytami biegu i jak się później okazuje jego zwycięzcami. Biesiadowanie kończymy stosunkowo wcześnie po to, by udać się na ostatnie przymiarki przed jutrzejszym startem – w zaciszach hotelowego pokoju wycinamy plastry mające bojowe zadanie ochronić naszą twarz przed syberyjskim mrozem. Co mnie wcale nie dziwi - śniadanie w dzień startu u mnie trochę przypadkowe (dobór jedzenia niestety jest tym, co ogromnie przy moim bieganiu kuleje ;-)) – owsianka, chleb z marmoladą i jajko, ciepła herbata. Jak się później okaże – kolejny posiłek zjemy dopiero za około 12-13 godzin…

Wsiadamy do kilkuosobowego busa i ruszamy w kierunku startu do miejscowości Tankhoy. W Tankhoy atmosfera już typowo przedstartowa – kolejki do toalety, niewielkie rekonesanse na linię startu na jeziorze, przebieranie w workach z depozytem w poszukiwaniu „złotego środka” na mróz i bajkalskie wiatry. Nasze plastry na twarzach chyba robią furorę bo kilka osób po tym jak nas widzi decyduje się na podobne rozwiązanie. Start opóźnia się. Okazuje się, że na jeziorze poszła szczelina i niebezpiecznie jest biegać w jej pobliżu…Przy okazji kolejny już raz rzucamy okiem na Bajkał – zapowiada się raczej snow marathon… Cały czas jednak mamy nadzieję, że ten sławetny lód pojawi się gdzieś tam pod stopami, gdzie nasz wzrok póki co nie sięga.

Zaczyna się wyczytywanie numerów startowych – żeby nie robić tłoku przy wyjściu zawodnicy jeden po drugim, rozemocjonowani, wybiegają z ciepłego budynku na linię startu. Tuż przy zaparkowanych poduszkowcach czekają już na nas kubki z mlekiem żebyśmy mogli starym buriackim zwyczajem, maczając delikatnie palec serdeczny w mleku, upuścić kilka kropel na cztery strony świata – by duchy Bajkału nam sprzyjały (pozostałe mleko należy wypić lub dyskretnie, delikatnie wylać na zamarzniętą taflę jeziora).

„Mówi się” przez megafon. W tym całym podekscytowaniu dociera do mnie jedynie to, że jest sporo śniegu, którego organizatorom nie udało się do końca odśnieżyć… No i że w okolicach 2km jest szczelina, którą musimy ominąć, jak się za chwilę okaże pokonując gęsiego pokłady ustawionych obok siebie poduszkowców. Jest zimno i wieje ale wybór ubrania chyba okazuje się trafny bo nie marzniemy.

Wystrzał startowy i… niech się dzieje wola nieba… Pierwsze 10-12km (nie wliczając przeprawy przez poduszkowce ustawione na szczelinie) idzie nam całkiem sprawnie choć po 10km śniegu pod stopami jakby więcej… Ten śnieg to taki zdradliwy jest – myślisz: zmarznięty to cię utrzyma, po czym wpada ci stopa po kostkę i tylko dość miarowe tempo chroni cię przed kontuzją. Widzisz łachę śniegu i myślisz: nie będzie głęboko, a tu ślizg bo pod cieniutką tym razem warstewką śniegu – lód. I tak omijając już coraz częściej „śnieżne koryto” zafundowane nam przez organizatorów i matkę naturę, zygzakiem z jednego jego brzegu na drugi, przemieszczamy się w kierunku upragnionej mety.

Nie wiem jak Wojtek, jak odliczam sobie kilometry i czas kolejnymi punktami odżywczymi – każda tam wizyta daje nie tylko dawkę energii moim mięśniom ale przede wszystkim „doładowuję” sobie głowę uśmiechami wolontariuszy, którzy gdzieś na środku ogromnego jeziora, w totalnej dupówie, stoją dzielnie na posterunku (o tym, co jedliśmy i piliśmy podczas biegu u nas na stronie w FOTOprawieSTORY http://www.dwojewkoronie.pl/index.php/pl/foto-prawie-story/367-12th-baikal-ice-marathon-2016.html).

Przyroda dookoła jest tak niesamowita, że nie sposób nie zatrzymać się i nie zrobić kilku zdjęć. Po doświadczeniach z norweskimi mrozami (polowanie na zorzę) i w obawie, że nasz aparat nie uradzi bajkalskiej aury, nasze fotoreporterskie postoje są niczym pit stopy rajdu F1.

W oddali majaczy 21km. Widać to zresztą po wyrazach twarzy mijanych półmaratończyków – ulga, radość i chęć przyśpieszenia mimo braku sił. Na półmetek docieramy z czasem ponad 3 godz. (limit 6 godz. budzi w głowie przerażenie…). Organizatorzy dość skrupulatnie wypytują nas jak się czujemy czy wiemy, która godzina i jaki jest limit, na co my z gorliwością zapewniamy, że drugą połowę mamy szybszą :-D i że trochę zaskoczyły nas warunki na trasie… Posileni na kolejnym punkcie i „zmotywowani” przez organizatorów ruszamy naprzód, wypatrując już brzegu i Listwianki.

„Napędzanie się” w takim miejscu jak środek Bajkału wygląda u mnie mniej więcej tak, że znajduję sobie delikwenta gdzieś tam na horyzoncie i staramy się razem z Wojtkiem go dopaść ;-) Dla tych co biegli sporo przed nami „szukanie delikwenta na horyzoncie” może brzmieć odrobinę egzotycznie. Jednak patrząc na nas – ci przed nami biegli w sporym tłumie. Udaje nam się „połknąć” 3-4 osoby, potem, im bliżej mety, o „zająca” coraz trudniej… Słońce chyli się ku zachodowi, w oddali majaczą wzgórza Listwianki, a my co jakiś czas dajemy znak ręką przejeżdżającym obok skuterom, że u nas „wsio w pariadkie”. Jak łatwo się domyśleć gadka się nie klei, za to w głowie aż roi się od myśli. U mnie, że po moim trupie mnie teraz zdejmą z trasy (wiem już, że nie zmieścimy się w limicie i prawdopodobnie nie zostaniemy sklasyfikowani) ale choćby na czworakach, a dotrę z jednego brzegu na drugi, tego niezwykłego jeziora. U Wojtka, jak później opowiadał, coś na kształt: co ja jej powiem jak usłyszę, że wsiadamy do poduszkowca i jedziemy do hotelu, jak ją zmobilizuję do dalszego biegu (człowiek małej wiary ;-)).

Robi się coraz chłodniej i zmęczenie coraz bardziej daje o sobie znać. To „zygzakowanie” z jednego krańca trasy na drugi, w poszukiwaniu lepszego śniegu chyba nie do końca okazuje się dobrym pomysłem, bo w tym wszystkim mam wrażenie, że dorabiamy sobie dystans pod stopami… Chciałoby się tego lodu pod stopami i Wojtek nagle widzi w oddali wielkie jej połacie. Przyspieszamy i… zero lodu. Zauważam, że od zawietrznej u Wojtka na twarzy pojawia się dość mocny szron – wkłada pod buffa wyjętą z kieszeni zapasową rękawiczkę. Słońce nie świeci już tak, jak byśmy sobie tego życzyli… Wiatr natomiast ciągle ma siłę wiać…

Powoli docieramy do mety. Zgodnie z naszymi zegarkami (właściwie moim, bo Wojtka Garmin stracił moc) powinien nas czekać już jakiś czas temu jeszcze jeden punkt odżywczy – domyślamy się, że na niedobitków to się w Rosji raczej nie czeka i kolejny już raz machamy ochoczo ręką panu na skuterze, który gestem pyta czy wszystko u nas o.k. Mijają nas poduszkowce z zawodnikami, których zdjęto z trasy… Mimo braku ostatniego bufetu i widma przymusowej przejażdżki na metę, po raz kolejny upewniamy się w przekonaniu, że siłą nas z tego lodu? śniegu? będą musieli zgarnąć. Już wiemy, że na metę dotrzemy w czasie powyżej 7godz… i to akurat nie mobilizuje… Nie wiemy nawet czy będzie ktoś jeszcze tam na nas czekał. Bo takie czekanie, w takich warunkach atmosferycznych, to prawdziwe bohaterstwo.

Naszym oczom ukazuje się ostatni bufet! Przeniesiony dość sporo bliżej mety, ale jest! Dwoje ludzi z wystygłą już herbatą, przepraszając, że tylko herbata i red bulle zostały, swoim uśmiechem dodaje nam skrzydeł :-)

Na mecie jakiś facet robi nam zdjęcia, kobieta spisuje nasze numery startowe i czas, ktoś gratuluje… Jestem wzruszona (na starość robię się coraz bardziej sentymentalna ;-)), że udało nam się dotrzeć na drugi brzeg Bajkału i na dalszy plan odchodzi to, czy nas w ogóle sklasyfikują. Ktoś wskazuje ręką – „hotel Mayak”…

Od hotelu dzieli nas zaledwie kilkaset metrów, a tam witają nas same „świeżynki”, które dawno temu już ukończyły ten niezwykły maraton. Dowiadujemy się, że dwa pierwsze miejsca zajęli Polacy, że za pół godziny rozpoczyna się uroczysta kolacja…I że nasz pokój jest w sąsiednim budynku, na 5 piętrze bez windy…

Ogarniamy się i docieramy na bankiet. Okazuje się, że z uwagi na bardzo złe warunki pogodowe zniesiono limit czasu i że jesteśmy zwycięzcami XII Baikal Ice Marathon 2016! Radość!!!

Tylko 8 kobiet kończy XII edycję bajkalskiego maratonu (na 141 osób, które ukończyły maraton). Tylko zwyciężczyni wśród kobiet mieści się w pierwotnie przez organizatorów zakreślonym czasie (pozostałe 7 kobiet dociera na metę po 6 godzinach).

Dla ciekawskich liczb – opłata startowa BIM to 500EUR, która oprócz tradycyjnego pakietu startowego mieści opiekę organizatorską - od momentu zgarnięcia z lotniska w Irkucku i zapakowania do autokarów (nocleg i posiłki w Bajkalsku, obiad w okolicach Sludianki, nocleg i posiłki w Listwiance – w tym uroczysta kolacja) do transferu na lotnisko.

Zjedliśmy omula, podziwialiśmy zachód słońca w Irkucku nad Angarą, mieliśmy pod stopami najgłębsze jezioro na świecie – przez całe 42,195km :-)
W Galerii zamieściliśmy obok naszych zdjęć, fotografie zrobione przez Bartka Mazerskiego i Masaki Nakamurę.