Chiński maharadża

 There are no translations available.

    Nie pamiętam, czy o tytule tej książki najpierw przeczytałam, czy o nim usłyszałam, pamiętam natomiast, że od razu przywołał mi na myśl jedną z moich ulubionych figur retorycznych – oksymoron;). Tak, tak, „ciepły lód”, „zimne ognie” i jak dodają niektórzy dla przykładu „mądra kobieta”;). No i… „Chiński maharadża” Wojtka Kurtyki :).

    W recenzjach, które dotarły do mnie przed lekturą znalazłam, że to psychologiczny thriller górski, opowiadający o zmaganiach z jedną z trudniejszych w owym czasie dróg wspinaczkowych, słynnym klasyku w Dolinie Bolechowickiej – Chińskim maharadży. W moim odczuciu, opowieść bardziej o „podchodach” do Chińskiego maharadży niczym do panny - obłapianej najpierw „na wędkę”, wziętej finalnie „na żywca”.

    Przyznaję, że dość sceptycznie podeszłam do lektury dzieła jednego z najwybitniejszych polskich i światowych himalaistów, nie obiecując sobie na starcie zbyt wiele (czytaj: odłożę zapewne po kilku stronach bo mnie zmęczy). Stało się jednak inaczej. Przyjemnie inteligentny dyskurs, często z samym sobą. Śmiało można powiedzieć - książka zrobiona przez autora na żywca, w OS (niemożliwe? a jednak), niezwykle sprawnie, z gracją właściwą jedynie nielicznym. Nie zauważyłam w tym „przejściu” ani cienia Dżemu.

    Postacie niczym z pogranicza jawy i snu – raz bardziej realne i „swojskie”, innym razem mistyczne, wręcz sennie hipnotyzujące. Język różny, choć nie użyłabym sformułowania „różnobarwny” – od pospolitej „kurwy”, do „paradygmatu” czy „kontrindukcji”. Kolejne skojarzenie - ciut u Kurtyki z Gombrowicza. Podobnie jak u Gombrowicza – „słowa-klucze”.

    Nie wiem czy książka ta nie stanie się (lub może już się stała) pewnego rodzaju biblią, lekturą obowiązkową dla rzeszy wyznawców (choć pewnie spora część z nich i tak się nie przyzna, że w zaciszu domowych pieleszy będzie próbowała zadać ze szmaty z pięć razy, że gdzieś tam, po cichu, będzie zmagała się z którymś z rekordów Zwierza).

    Ciekawa okładka. Nie podobały mi się czarno-białe ilustracje, choć uczciwie przyznaję, że idealnie oddają ducha książki, tworząc z nią niemalże „jednolitość”. Pasuje mi poczucie humoru autora, „wspinaczy” metajęzyk.

    Głęboka książka, w której utonąć można na wiele sposobów.

    Ze mną i z tą książką było tak, jak z Lokomotywą Tuwima „Najpierw – powoli – jak żółw ociężale, ruszyła – (…) ospale, szarpnęła (…) i ciągnie z mozołem, i kręci się, kręci się (…) i biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej, i dudni, i stuka, łomoce i pędzi (…).” Uważajcie na tę książkę ;). Rozpędzona zmiecie Was w swoim szalonym pędzie. Zdecydowanie polecam. Nie tylko wyznawcom.

a.